na każdym zebraniu jest taka sytuacja, że ktoś musi zacząć pierwszy


nie jest tak źle z tą wiosną. w dalszym ciągu czasami mi smutno, jeszcze nie raz pociekną mi łzy na wspomnienie tego, czego już nie ma i tego, kogo już nie ma.

ale żyję dalej.

czas leczy i zabija rany, więc w końcu, po wielu miesiącach, odpuściłam pewne rzeczy, pewne osoby. niezależnie od tego, jak bardzo nam się to nie podoba, nie ma osób niezastąpionych.

zamiast myślenia, chodzę sporo do kina, oglądam brytyjskie programy telewizyjne (najnowsze odkrycie – top gear – pokochałam miłością szczera), robię za rodzinnego kierowcę, lenię się, myślę, myślę, myślę. i nic dobrego z tego nie wynika.

z sukcesów, to udało mi się ostatnio wygrać zestaw 8 książek Clarksona – pierwszy raz się tak napracowałam, żeby wygrać fejsbukowy konkurs. ale było warto, nie powiem.

i tak to ostatnio jest, nic się nie dzieje.



весна прийде


.

mam nadzieję, że wiosna przyjdzie, bo najchętniej wymazałabym luty ze swojego życia.



żywot człowieka zadowolonego


człowiek zadowolony ma problemy z:

  • weną,
  • konsekwencją.

pomysł może i wykiełkował 3 tygodnie temu, potem nawet już coś napisałam, ale… to nie to.

człowiek zadowolony nie ma już całego swojego oryginalnego wyposażenia. kompetentnymi rękami dr. Hotsona pozbył się człowiek pęcherzyka żółciowego. cały mój związany z cholecystektomią pobyt w szpitalu trwał 4 dni i nie był straszny. oczywiście dzień zabiegu jest trudny, ale zdecydowanie do przeżycia, tak jak ból w ciągu pierwszych kilku dni. miłą odmianą jest nie zażywanie żadnego środka przeciwbólowego (w okresie świąt wyczerpałam chyba limit na rok).  rekonwalescencja przebiega wzorowo, szczególnie w kwestii gojenia się ran (jak na psie, jak na psie…), nieco gorzej jest z dostosowaniem się układu trawiennego do nowego stanu rzeczy, ale pracujemy nad tym.

człowiek zadowolony pierwszy tydzień sesji spędził nie-na-uczelni, w związku z czym nigdy nie był tak nieogarnięty w kwestii sesji, jak teraz. na szczęście sesja lekka, czeka mnie jedno ważne kolokwium i parę małych pierdółek do zrobienia.

człowiek zadowolony ogranicza swą egzystencję na zewnątrz, bo nie jest wielkim fanem trzaskających mrozów.

człowiek zadowolony zachwyca się swoim parowarem, z którego jedzenie jest tak pyszne, że z niecierpliwością oczekuje powrotu do Krakowa i sparowania sobie jakiegoś obiadu.

człowiek zadowolony jest zadowolony, że po półrocznym wygnaniu wraca do Krakowa Łakoć, bo tęsknota i wzajemna izolacja są już nie do zniesienia.

człowiek zadowolony pozostaje pod wrażeniem dziewczyny z tatuażem. Daniel Craig przynajmniej zremisował z Michaelem Nyqvistem ze szwedzkiej wersji, ale na kolana powalił mnie Stellan Skarsgård. no i muzyka. no i tradycyjnie szwedzkie widoczki i szwedzki mrok.

człowiek zadowolony bredzi w tej notce, więc kończy. ale żyje, żyje i ma się świetnie.



cholecystektomia


dla ciekawych zabiegu od strony pacjenta.

»»»



2011


wiele razy w ciągu minionego roku myślałam sobie: powinnam gdzieś zapisać tę myśl, będzie jak znalazł do podsumowania roku. cóż, niestety tego nie zrobiłam, więc znów rok będę odtwarzać z facebooka. prawdopodobnie w przyszłym roku, nauczona doświadczeniem, zacznę zapełniać swój kalendarz materiałem wspomnieniowym.

no to jedziemy. »»»



I pledge to read printed word, but…


bardzo skutecznie kusi mnie Kindle. zastanawiam się co zrobić z gwiazdkowymi pieniędzmi, żeby nie przehulać ich na życie i czytam ostatnio właśnie o amazonowym czytniku.

kusi, kusi, bardzo mnie kusi. zwłaszcza łatwy i szybki dostęp do literatury po angielsku, ale nie tyle. bo tak jak parę lat temu zakochałam się w idei posiadania wielu płyt w małym pudełeczku, tak nęcąca jest idea posiadania wielu książek w jednym miejscu, ze sobą.

P.S. notka podsumowująca zaczęła się już nawet pisać, ale proces stanął.
P.P.S. wszystkim, którym w żaden sposób życzeń nie złożyłam, życzę przede wszystkim zdrowia. docenia się je szczególnie wtedy, gdy nas opuszcza i psuje święta.
P.P.P.S. postanowienie na 2010: wyciąć pęcherzyk żółciowy. i nie będzie tak, że postanowienie zrobienia prawka z 2010 zrealizowało się w 2011, o nie. biegusiem chcę to załatwić.



rewarded review


już dobrych kilka lat studenci UJ mogą oceniać swoje zajęcia i swoich wykładowców. po każdym semestrze w USOSie pojawiają się ankiety na temat każdego przedmiotu oraz administracji. do dzielenia się swoimi uwagami studentów zachęca informacja o 100 szczęśliwcach, którzy zostaną nagrodzeni bonem książkowym do Głównej Księgarni Naukowej w Krakowie.

przyznam szczerze, że informację o tym dwustuzłotowym bonie traktowałam raczej jako university legend, bo w ciągu 4 lat nikt z moich znajomych takiego zaszczytu nie dostąpił.

jakież było moje zdziwienie, gdy parę dni temu dostałam maila, że zostałam szczęśliwą zwyciężczynią. uszczypnęłam się parę razy, odtańczyłam taniec radości po pokoju i następnego dnia, po małych problemach z trafieniem do miejsca odbioru, odebrałam magiczny kartonik.

pomijając kwestię tego, czy jest sens oceniania zajęć (ja naiwnie uważam, że wykładowca dostający słabe noty [uzasadnione oczywiście] wyciągnie z tego wniosku [chociaż historia uczy nas czegoś zgoła odmiennego], a ten otrzymujący wysokie oceny – będzie w jakiś sposób [ponoć również wymierny] nagrodzony za swój wysiłek), na pewno warto poświęcić kilkanaście minut na wypełnienie tych paru formularzy. ja nie opuściłam żadnej z szans na ocenienie moich wykładowców, staram się to robić możliwie konstruktywnie, z żalem obserwuję brak reakcji, a jeśli reakcja jest, to na rzeczy najmniej ważne. ale te wszystkie niedostatki i spędzone minuty wynagrodził mi bon do Naukowej.

w przyszłym tygodniu wybieram się na Podwale 6, w głowie powoli składam listę książek (na pewno krwawy południk McCarthy’ego), a resztki moich mięśni przygotowują się mentalnie na dźwiganie mych zakupów.

nie, nie jestem sponsorowana przez Uniwersytet Jagielloński w żaden sposób. :) uważam, że sprawa ma się tutaj podobnie jak z braniem udziału w wyborach. nie głosujesz, to nie oczekuj zmian, zamknij dziób i nie narzekaj. nie oceniasz, to nie oczekuj zmian, zamknij dziób i nie narzekaj. sama doskonale pamiętam, że gdy kilkoro studentów napisało w ankietach, że zajęcia mogłyby wyjść poza ustalony schemat pracy, bo robienie tydzień w tydzień tego samego przez rok wychodzi bokiem, zmiana zaszła. co prawda tylko na miesiąc, ale zaszła. zachowuję te resztki naiwności i optymizmu, tak.

 



posttargowo, again.


każdy mniej lub bardziej dorosły miewa swój dzień dziecka. i szczęśliwymi są ci, których dzień dziecka przypada na początku listopada, w Krakowie, na ul. Centralnej, podczas Targów Książki. »»»



I am a (wo)man of constant sorrow


wbrew pozorom jestem osobą przeważnie trochę smutną, zanużoną w melancholii i nostalgii. raczej ealistką, niż optymistką. dlatego z pewnym zdziwieniem skonstatowałam ostatnio, że poziom pozytywności osiąga dziwnie wysokie poziomy już od dłuższego czasu.  »»»



Hey, nerds! Who’s got two thumbs, speaks limited Russian, and kicked ass on her’s driver’s license exam?


odpowiedź na tytuł notki:

zdałam egzamin za pierwszym razem.

sprawdzałam płyn hamulcowy i światła awaryjne (jaka wielka szkoda, że nie sygnał dźwiękowy), parkowałam równolegle tyłem, prostopadle przodem, zawracałam z wykorzystaniem infrastruktury, zatrzymałam się przed strzałką, wyhamowałam przed pieszym wyskakującym mi na jezdnię, nie przejechałam na świeżo zapalonym żółtym, ogarnęłam nową organizację ruchu na powstającym przemyskim rondzie.

zadziwiłam mojego tatę, który nie wierzył, że zdam. przynajmniej mój instruktor nie był zdziwiony i wiedział, że jestem w stanie to zrobić. jego przekonanie promieniowało na mnie i czułam się dosyć pewnie. ku własnemu zdziwieniu, nie byłam na dużym, dwupasmowym przemyskim rondzie, nie zawracałam „na 3″ i nie zawracałam na Lwowskiej.

dobrze zrobiła mi ostatnia godzina rano w samochodzie, parę razy przejechałam rękaw (przy okazji dowiedziałam się, że inna pani rękaw zawaliła i żebym uważała. ale poszło gładko.), parkowanie i takie bajery, dzięki którym spłynął na mnie spokój mojego (no, już  nie mojego) instruktora. jedyne, co ewidentnie nie szło mi w egzaminacyjnym samochodzie to opanowanie kierunkowskazów, chodziły inaczej niż w „mojej” eLce (będzie mi brakowało wiśniowego peugeota 207 KR 713FR. seriously.) i nie mogłam się przestawić, ale najwyraźniej wszystko i tak było w jak najlepszym porządku, skoro zdałam.

ale to wszystko już za mną. wiadomości rozesłane do ludzi świadomych i nieświadomych tego, że dzisiaj zdawałam. milion telefonów wykonanych (do instruktora zaraz po telefonie do taty), milion SMSów wysłanych.

teraz pozostaje tylko spakowanie swego dobytku i jutro ruszamy do Krakowa. ja po raz ostatni jako „tylk0 pasażer”.

PS. cytat na bazie kultowego 30 Rock, gif pożyczony z tumblra, a na gifie oczywiście nieoceniona Tina Fey.